Uciekłam przed koronawirusem

Weronika

2 marca 2020

Czwartek. 23.15. Ląduję na lotnisku w Warszawie, zmęczona, powitana zimnym powietrzem i pączkami z okazji Tłustego Czwartku. Nikt nas nie bada, nikt nie sprawdza temperatury, nikt nie reaguje na słyszany obok kaszel przerażonym wzrokiem. W dobrych humorach, bo jeszcze nic nie wiemy, jadę z przyjaciółką do mieszkania. Wszystko wybucha następnego dnia. Nagle i szybko. 

Tego, że koronawirus prędzej czy później dotrze do Europy, spodziewał się każdy. Ale o tym, że w centrum europejskich zakażeń znajdą się Włochy, nie myślał raczej nikt. W piątek, dzień po moim przylocie, wybucha panika. 

Ostatnie pół roku żyłam w kraju pełnym ludzi na ulicach, pełnym spokoju, radości, serdecznych pozdrowień, uścisków i pogaduszek. Wychodziliśmy do restauracji, barów, każdy wykonywał normalne czynności ze stoickim spokojem, bo nie było czym się denerwować. Informacje krążące po świecie o rozszerzającej się epidemii były odległe i nikt się nimi aż tak nie przejmował. 

A jak sytuacja wygląda teraz? 

Na początku ubiegłego tygodnia na stronie mojego ulubionego, werońskiego kościoła, najważniejszej katedry w diecezji, została umieszczona informacja: 

Informujemy, że wraz z rozporządzeniem Prezydenta regionu Veneto oraz Ministerstwa Zdrowia, wszystkie uroczystości w diecezji werońskiej zostają odwołane. 

Taka sytuacja ma miejsce w każdym pojedynczym mieście na północy Włoch. Kościoły są zazwyczaj otwierane na dwie godziny dziennie w celu umożliwienia indywidualnej modlitwy. Weszło również rozporządzenie na temat pogrzebów. Trzeba się na nie „zapisywać” – wstęp ma tylko najbliższa rodzina, a jeśli liczba uczestników pogrzebu przekroczy 20 osób, nikt więcej wejść nie może. Coś takiego ma miejsce pierwszy raz w historii włoskich kościołów. 

Na ulicach zrobiło się pusto, a w sklepach tworzą się kolejki po podstawowe produkty, które są wykupowane „na zapas”. Szkoły oraz uczelnie rozesłały maile do swoich uczniów i studentów, w których informują o odwołanych zajęciach. 

Wszędzie wybuchła panika. Tego możemy dowiedzieć się z telewizji. Ale jak to wygląda naprawdę? 

Korzystając z najlepszych źródeł, jakie obecnie mam, czyli z kontaktów z przebywającymi we Włoszech znajomymi, wiem, że całą tę sytuację pełną zamartwiania się i bicia o maski w aptekach wywołują media. Puste półki w sklepach są od razu zapełniane (trzeba być czujnym, by w międzyczasie zrobić zdjęcie lub nagrać reportaż), a na ulice nadal wychodzą ludzie. Fakt, nie ma takich tłumów jak wcześniej, ale nie ma tu mowy o pustych miastach i braku towarzyskiego życia. Moje koleżanki mówią, że najważniejsze jest zachowanie ostrożności, częste mycie rąk i unikanie bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Nikt się ze sobą czule nie wita, nikt nie kaszle i nie kicha bez zatykania ust łokciem. Ale panika była tylko na początku, teraz jest nakręcana jedynie przez biegających wokół reporterów i wykorzystywana przez oszustów. Niektórzy specjalnie wykupują więcej masek, by potem, gdy już ich zabraknie w aptekach, sprzedawać je nawet za… 90 euro! To prawie 400 złotych za maskę ochronną.

 Trudno jest pogodzić się z brakiem Eucharystii, lecz na wszystko trzeba spoglądać racjonalnie. Najważniejsze to dobrze wykorzystać czas dany na indywidualną modlitwę w kościele. Wierni rozumieją obecną sytuację i każdy troszczy się o swoje zdrowie, dlatego odwołane msze są czymś, co Włochów nie dziwi. A może w takiej sytuacji, gdzie jest się bezbronnym i nic więcej nie można zrobić, gdy wokół na świecie umierają ludzie, warto zabrać Boga do swojego serca i wziąć Go ze sobą do domu.

 

Zapisz się do newslettera!

Na dobry początek – zapisz się na nasz newsletter!
Zaraz do Ciebie napiszemy!

Copyright targowiskoblog.pl © 2019 All Rights Reserved.