Ksiądz w dom, Bóg w dom

Weronika

29 grudnia 2019

W świąteczny czas możemy odetchnąć z ulgą, że skończył się czas gonienia nas przez mamę do sprzątania, że nie trzeba już stać cały dzień przy kuchence, że można się wyspać i najeść sałatką jarzynową. Niestety, to, co dobre, szybko się kończy. Po świętach musimy pozbawić się myśli, że nasze żołądki składają się tylko z mandarynek, wziąć się w garść i wrócić do naszych innych obowiązków niż odpoczynek. Ciężka praca czeka również księży, ponieważ tuż po 26. grudnia rozpoczyna się wizyta duszpasterska. No właśnie. Czym jest? Po co jest? I jak ją dobrze przeżyć?

Kiedy ksiądz chodzi po tak zwanej kolędzie, cała klatka schodowa, cały blok, a nierzadko nawet całe osiedle stoi na baczność. Trzeba uprasować obrusy, załatwić na szybko wodę święconą, bo nagle się okazało, że nie ma, choć była!, trzeba uzupełnić numery lekcji w zeszycie do religii i wyczyścić gumką dziwne podpisy kolegów. Generalnie, zawsze jest dużo roboty, dużo zamieszania i dużo nerwów, ale czy jest to potrzebne?

Na świecie, na przykład we Włoszech, księża chodzą z wizytą duszpasterską w okolicach Wielkanocy i to tylko tam, gdzie zostali specjalnie zaproszeni. W Polsce zwyczaj wizyty duszpasterskiej znany jest już z czasów Mikołaja Reja, lecz jego prawdziwej genezy trudno się doszukać. Ludowe zwyczaje połączono w odwiedzanie domów przez kapłanów w uroczystość Trzech Króli. Z uwagi na trud zrealizowania tego w jeden dzień, rozplanowano wizyty na okres kilku tygodni. Jak dobrze to przetrwać, byśmy zarówno my, jak i księża byli usatysfakcjonowani?

Po pierwsze: dobre przygotowanie.

Nic tak nie wyprowadza z równowagi jak niespodziewany gość. Ile razy widzieliśmy, jak nasza mama dowiedziała się o czyjejś wizycie dosłownie moment przed jej faktem. Nagle okazało się, że w lodówce nie ma żadnego ciasta, a w szafce zabrakło cukru do kawy. W powietrzu czuć zdenerwowanie i udzielającą się irytację. Ileż razy to spotyka również nas, kiedy dowiadujemy się o kolędzie od sąsiadki! I wychodzi na jaw, że nie mamy pasyjki i zawieruszyliśmy gdzieś Pismo Święte. Zainteresujmy się datą wizyty duszpasterskiej na naszym osiedlu. Przygotujmy do tego odpowiednio. To zawsze będzie oznaczać mniej stresu. W każdą niedzielę w ogłoszeniach ksiądz podaje nazwy ulic, które będą wliczone w kolędę w nowym tygodniu. A jeśli wiemy, że nikogo nie będzie wtedy w domu, wysilmy się i umówmy z księdzem na inny termin. Nic tak nie smuci kapłana jak zamknięte drzwi.

Po drugie: otwartość.

Niespodziewany gość jest zawsze lepszy od tego niechcianego. Nikt w końcu nie chce do siebie zapraszać kogoś, na kogo wizytę nie ma ochoty. Każda kolęda to przede wszystkim rozmowa. Ksiądz przecież chodzi do swoich parafian, by – w większych parafiach – lepiej ich poznać, bo niedzielna msza święta to nie sposób na dowiedzenie się co słychać u wszystkich wiernych, lub – tak jak w mniejszych parafiach – by upewnić się, że na pewno wszystko w porządku u swoich znajomych „owieczek”. Nie można traktować wizyty kapłana jako naszego przykrego obowiązku. Ksiądz to również człowiek, do którego trzeba podejść naturalnie. Możliwe, że będzie bardzo się spieszył, ale nie zaszkodzi zaproponować mu herbaty, a nuż się zgodzi, bo będzie zmarznięty i łyk czegoś gorącego mu nie zaszkodzi. Możliwe, że zobaczymy księdza pierwszy raz na oczy, bo wprowadziliśmy się zaledwie poprzedniego dnia, ale nic nam się przecież nie stanie, jak porozmawiamy z nim jak z człowiekiem i opowiemy trochę więcej o sobie.

Po trzecie: zrozumienie.

Jak już wspomniałam wyżej, ksiądz jest również człowiekiem. W mojej parafii księża w dzień roboczy odwiedzają wiernych dwukrotnie: rano, kiedy wizyty trwają około 4-5 godzin i wieczorem, gdy zajmuje im to około 3 godzin. Często mają w swoich kartotekach ponad dwadzieścia rodzin. Nie sposób na wszystko znaleźć czas. Każdy kapłan, jeśli widzi, że przyjmujący go również wykazuje do tego chęć, pragnie u niego spędzić więcej niż przysłowiowe pięć minut. Jednak nie zawsze się to udaje, bo kiedy u jednej osoby na początku ksiądz się zasiedzi, to potem musi gonić z czasem, bo na przykład o ustalonej godzinie jest tego dnia jeszcze pogrzeb i msza do odprawienia. Nie można w takim wypadku obrażać się na księdza, kiedy zdyszany wpada do nas i odmawia poczęstunku świątecznym ciastem. Zaprośmy księdza po kolędzie na herbatę lub kolację po mszy. Na pewno się ucieszy, a my unikniemy skwaszonego humoru.

Po czwarte: wymiar duchowy wizyty.

Czas na najważniejszy punkt, który zbiera wszystkie poprzednie w całość. Dobre przygotowanie, o którym pisałam na początku, to nie tylko biały obrus i kropidło na stole. To przede wszystkim nasze serca. Na każdą wizytę składa się modlitwa. Jest to jedna z najważniejszych części całej kolędy i moment kulminacyjny. Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy i odmawiane „Ojcze nasz” traktuje jak zwykłą formułkę. A przecież wtedy przychodzi do nas Bóg i to On zasiada z nami i księdzem przy stole! Musimy zdać sobie z tego sprawę, dobrze przygotowując się do kolędy także duchowo. Jeśli zaczniemy od tego, wszystko inne, o czym pisałam, przyjdzie nam z łatwością.

Jeśli zrozumiemy ideę i cel wizyty duszpasterskiej w naszym domu, będziemy jej oczekiwać z radością i nie będzie nam się kojarzyć z odbębnionym spotkaniem. Najważniejsze, abyśmy wykorzystali ten czas dobrze dla nas samych. Jeśli coś nas trapi, nie bójmy się powiedzieć o tym księdzu. Jeśli się z czegoś cieszymy, również mu się tym pochwalmy! Musimy zacieśniać kontakty z kapłanami, aby przez nich coraz bardziej angażować się w życie parafii.

Zapisz się do newslettera!

Na dobry początek – zapisz się na nasz newsletter!
Zaraz do Ciebie napiszemy!

Copyright targowiskoblog.pl © 2019 All Rights Reserved.