Idealnie nieidealna

Ewa

2 kwietnia 2020

Powiem to od razu: jestem naprawdę dobrą osobą. Codziennie się modlę, odmawiam brewiarz, różaniec, robię Namiot Spotkania. Jestem miła, poukładana, dojrzała. Bardzo dużo udzielam się w Kościele i chcę pomagać innym zbliżać się do Boga. Tak mnie widzicie. I naprawdę chcę być święta, to moje marzenie, ale na razie nie mogę.

Wiesz, nie widzisz moich słabości, bo robiłam wszystko, żebyś ich nie widział. Sama nie zdawałam sobie sprawy, jaką w ten sposób pielęgnowałam nędzę. Pycha. To jest najgorsze świństwo, nie bez powodu widzisz je jako pierwszy grzech główny, bo nawet jeśli robisz wiele dobrego i inni widzą ciebie jako wcielenie dobra, to pycha sprawi, że to wszystko będzie kłamstwem. Dlatego pycha jest najgorsza – istnieje nie tylko w złych uczynkach i myślach, ale wchodzi nawet do każdego dobra, które chcesz realizować.

Do tej pory myślałam, że wszystko jest OK. Byłam na świetnej drodze do świętości, odkrywałam coraz bardziej moje powołanie i czułam się z tym naprawdę szczęśliwa. Chyba jednak nie. Obudziłam się dopiero w ten Wielki Post. Nigdy wcześniej nie weszłam tak głęboko w siebie, w swój własny grzech. Teraz widzę, że ta pycha wcale nie była odcięta Wielkim Murem Chińskim od moich dobrych czynów, tylko po prostu sobie do nich weszła i mieszkała. Jak długo? Nie wiem. A z niej rodziły się kolejne grzechy. Tłumiłam to wszystko, żebyś nie widział moich słabości. Wszystko to zbierało się w mojej głowie, w sercu i odbijało się na mojej rodzinie. Gdybyś przedstawił im taki obraz mnie, jaki znasz, oni z pewnością powiedzieliby: „nie wiesz, jaka jest wobec nas, gdybyś wiedział, nigdy byś czegoś takiego nie powiedział”. Zgodziłabym się z nimi, bo faktycznie moje bycie dobrym człowiekiem przy nich realizowało się w jakichś 15%, pozostałe 85% stanowiło to, co ukrywałam przed tobą. Teraz już wiesz, na czym polega moja nędza.

Prawie każdego wieczoru tego Wielkiego Postu przypominam sobie mój grzech i czasami nawet płacząc, obiecuję poprawę, że już będę inna, pozbędę się tego grzechu. To cały czas wraca, jestem zbyt słaba. Gdy pojawia się okazja, konkretna sytuacja brakuje mi cierpliwości i łagodności i wyładowuje się na najbliższych. Teraz pod koniec Wielkiego Postu rozumiem, że coś co pielęgnowało się tak długo, nie zniknie w ciągu 40-stu dni. Potrzebuję więcej czasu, pracy nad sobą, łaski Pana i modlitwy drugiego człowieka. 

I może się wydawać, że to nic poważnego. Przecież nikogo nie zabiłam, nie współżyłam przed ślubem, nie zażywałam narkotyków. Codziennie się modlę, odmawiam brewiarz, różaniec. To jest właśnie to myślenie, które podstawia ci pycha – nie masz sobie nic do zarzucenia, to nie w tobie jest problem, problem jest w drugim człowieku.

Mam ogromne pragnienie, ogromną tęsknotę za Niebem, gdzie wszyscy się spotkamy przed tronem Pana i nie będziemy myśleć, kto jest lepszy, kto więcej zrobił, lepiej powiedział, nie będzie mojego grzechu. Nawet nie będzie wiary, bo Bóg będzie przed nami. Nie będzie nadziei, bo już na nic nie będziemy musieli liczyć. Ale będzie Miłość i będzie Ona tak cudowna, że wszyscy będziemy chcieli się w Niej skryć, w Niej utopić. 

Pisząc to łzy spływają mi policzkach, bo już rozumiem, że grzech nie pozwala mi się zbliżyć do tej Miłości, że straciłam już tyle czasu na to, by nie kochać. A może kochałam, ale tylko tego, kogo chciałam? A może po prostu – i taka jest chyba prawda – w tym wszystkim kochałam najbardziej siebie. 

Zazwyczaj świadectwa kończą się wielką radością. Mówicie: chwała Panu! I głęboko wierzę, że zwyciężyliście swój grzech i jesteście nowymi ludźmi. Ja na razie nie mogę tego powiedzieć, ale patrzę na to z ogromną nadzieją, że i dla mnie Bóg szykuje wielki plan nawrócenia i Jego łaska pomoże mi to wszystko przezwyciężyć.

Tak miałam zakończyć to świadectwo, ale następnego dnia po napisaniu tego świadectwa Bóg mi wszystko wytłumaczył, wyrwał mnie z tej beznadziei przez Franciszka Blachnickiego. Zobaczcie:

„Często uciekamy od rzeczywistości świata do ułudy. Ale przychodzą chwile, kiedy staje przed nami cała rzeczywistość naszego istnienia. To jest pierwsza prawda, którą musimy przeżyć. Prawda o grzechu, o skażeniu naszej natury, o nieporządku, które wprowadził w nasze życie grzech. To jest rzecz najtrudniejsza, żeby w końcu naprawdę uwierzyć, że bez łaski Bożej nic nie możemy zrobić.”

To jest dokładnie moja sytuacja! Tylko po uświadomieniu sobie swoich słabości nie wiedziałam co mam  z tym zrobić. Już tyle razy próbowałam to wszystko naprawić, zmienić się, a to cały czas wracało. A F. Blachnicki mówił dalej:

„Niepowodzenia w naszym życiu wewnętrznym, w naszej pracy nad sobą wcale nie są takim wielkim nieszczęściem, jak nam się czasem wydaje. Bylebyśmy nie rezygnowali, tylko ciągle próbowali. A nie po to próbujemy, żeby się nam udało, tylko po to, żeby doświadczyć, że nie potrafimy sami, wobec tego musimy się zwrócić do Boga i Jemu zaufać. I Pan Bóg nie da nam powodzenia w pracy wewnętrznej, póki się tego nie nauczymy na pamięć i naprawdę w to nie uwierzymy dogłębnie.

Te słowa to moja nadzieja. I chyba dopiero teraz będąc świadoma moich słabości, czuję, że zmierzam do świętości. 


Zapisz się do newslettera!

Na dobry początek – zapisz się na nasz newsletter!
Zaraz do Ciebie napiszemy!

Copyright targowiskoblog.pl © 2019 All Rights Reserved.