Historia pewnego powołania

Ks. Michał

30 kwietnia 2021

Jak patrzę na wydarzenia z mojego życia, to widzę, że powołanie to był proces, to nie wzięło się z powietrza. Pan Bóg w różnych momentach życia, jak sprawny zwrotniczy przestawiał odpowiednio tory, kiedy ja nawet tego się nie spodziewałem. Teraz, jak robię „podgląd trasy”, to widzę owe stacje, zakręty i przystanki. Jak chcesz, to zapraszam Cię do mojego powołaniowego pociągu!

I stacja: Michałów

Wszystko zaczęło się na mojej rodzinnej parafii w 2001 roku, kiedy zostałem ministrantem. Do dzisiaj pamiętam 12 kwietnia tamtego roku, jak z przejęciem zakładałem komżę. To były te same przeżycia, co później przy sutannie, dalmatyce czy wreszcie ornacie! Ogromną rolę na tym etapie dojrzewania do powołania odegrały 3 osoby: mama, mój animator i nasz moderator. Kiedy miewałem momenty zwątpienia w służbę przy ołtarzu, to pamiętam, że rozmawiałem o tym z mamą. Miałem pewien kryzys, jeśli chodzi o bycie przy ołtarzu. Może wtedy miałem ze 12 lat. Chciałem odejść. Pamiętam jak w kuchni rozmawiałem o tym z mamą w jakiś zimowy wieczór. I do dzisiaj też pamiętam, że powiedziała mi: „Synu, spróbuj jeszcze raz. Jeśli nie wyjdzie, to zrezygnujesz”. Kryzys minął i kilka miesięcy później założyłem komże zamieniłem na albę.

Miłość do liturgii zaszczepił we mnie mój animator. W niedzielę zawsze wypastowane buty na twardym obcasie (sam dzisiaj takie mam!), biała koszula, spodnie w kant i wyprasowana alba. Nigdy się nie śpieszył, wszystko robił dostojnie, postawa przy ołtarzu była wzorowa. Jako, że jestem najstarszy z mojego rodzeństwa, to w pewnym sensie był dla mnie jak starszy brat. Byłem wpatrzony w niego jak w obrazek. Ale był jednocześnie bardzo wymagający. Do dziś pamiętam, jak ustawił nas kiedyś po Mszy w niedzielę w zakrystii w rzędzie i kazał nam pokazać, jakie mamy buty. Każdy kto miał wtedy jakieś trampki, adidasy czy inne klapki z Lidla dostawał mocną reprymendę. Trochę jak w wojsku. Ale tak mocno to na mnie zrobiło wrażenie, że od tamtego czasu w każdą niedzielę do kościoła idę w wypastowanych pantoflach. Podobnie istotną rolę odegrał ksiądz, który nas prowadził. Obecność na dyżurach, spotkaniach, zbiórkach lektorskich i wyjazdach parafialnych była czymś oczywistym. Do tego „męczenie” od kwietnia o wyjazd na oazę. I tak przez 7 lat mojego dorastania. Rozumiem po latach, co to znaczy, jak księdzu zależy na duszpasterstwie. Widzę, jak mocno to ukształtowało we mnie odpowiedzialność za powierzone mi zadania. Mądre wymagania stawiane przede mną pomogły mi nabrać odpowiedniego kierunku.

A lokomotywa nabierała rozpędu!

II stacja: Przykład

Mając 16 lat na parafię przyszedł pewien ksiądz dopiero co po święceniach kapłańskich. Szybko z grupą znajomych zobaczyliśmy jego normalność. Wtedy Pan Bóg zaczął mi pokazywać, że życie księdza to nie tylko odprawianie Mszy czy spowiadanie, ale też bycie z ludźmi. Budujące było to, kiedy zwyczajem stało się, że my jako młodzież po kilka godzin (serio!) staliśmy po Mszy świętej przed kościołem rozmawiając o przeróżnych sprawach, a ksiądz nie uciekał od nas, ale po prostu z nami był. Wchodził w świat dorastających dzieciaków.  Tam nie było jakiejś wyższości czy napompowanej pobożności, ale była normalność, która wynikała z odpowiednich wartości. Do tego po I stopniu, czyli mając 15 lat podjąłem stałe spowiednictwo. Nawet nie byłem świadomy, że tak się to nazywa, ale widzę, jak bardzo mi było wtedy potrzebne prowadzenie. Znowu gdzieś wracał mi obraz starszego brata czy towarzysza, który szedł obok i pomagał podejmować odpowiednie decyzje. A przecież pytań i wątpliwości w sercu szesnastolatka jest cała masa! Zobaczyłem wtedy, że istotne w kapłaństwie jest towarzyszenie ludziom i po prostu bycie z nimi. Właśnie wtedy pojawiły się pierwsze myśli: jeśli zostałbym kiedyś księdzem, to chcę właśnie takim być! Blisko Boga i ludzi! Właśnie w wieku szesnastu lat pojawiła się pierwsza myśl o kapłaństwie.

Ta umiejętność budowania relacji przez księży zawsze mi imponowała. Nawet kosztem swojego zmęczenia. Do dzisiaj pamiętam sytuację, gdy jako animatorzy mieliśmy zaplanować wyjazd wakacyjny w góry. Siedzieliśmy wtedy na schodach plebanii koło 21:00 czekając na księdza, który wracał z kręgu Domowego Kościoła. Widać było, że był mocno „dojechany” dniem. A my koniecznie musieliśmy z nim akurat tego wieczoru pogadać, chociaż do wyjazdu było jeszcze dobrych kilka tygodni. I co ten ksiądz zrobił? Stał z nami jeszcze na zewnątrz przez dobrą godzinę i nas słuchał. 

W szkole średniej dużo czasu spędzaliśmy na tenisie stołowym na plebanii. W jakiś piątek było już grubo po 21:00, kiedy na salce graliśmy kolejne sety. Wrócił wtedy proboszcz z jakiegoś spotkania. Wszedł do salki, a my już byliśmy gotowi na naganę. W sumie to nam się należało. On jednak zapytał czy będziemy jeszcze chwilę, po czym sam się przebrał i przyszedł do nas grać. 

To tylko kilka prostych sytuacji, ale jest ich cała masa. Jednak te podałem tylko dla przykładu, bo takie proste gesty poświęcenia się były dla mnie wtedy bardzo ważne.

Patrząc na ten moment mojego życia z pewnej perspektywy, widzę jak ważne było to, że spotkałem młodych, zaangażowanych, kochających kapłaństwo księży. Nie zgorzkniałych frustratów, ale ludzi zafascynowanych swoją misją. Ci księża stali się dla mnie autorytetami, chociaż tak ich nie nazywałem.

Ta stacja była jedną z ważniejszych w kształtowaniu się mojego powołania.

III stacja: Pogłębienie

Przyszedł jednak czas, kiedy Pan Bóg musiał to wszystko pogłębić.

Będąc w klasie maturalnej od wakacji byłem codziennie na Eucharystii. W sumie to nie wiem dlaczego. Ciągnęło mnie tam. Jak nie mogłem wieczorem, to wstawałem na 7:00 rano. Pół godziny Eucharystii, szkoła, nauka, spotkania z paczką przyjaciół do 22:00. Tak wyglądała moja codzienność w wieku 18 lat. Ale codziennie była Msza święta i komunia. Bez nadzwyczajności i fajerwerków. Ten fakt wrócił mi w pamięci na jednej z adoracji na IV roku seminarium. Wtedy usłyszałem w sercu słowa, które doskonale pamiętam do dziś: „Gdyby nie te Eucharystie wtedy, nie miałbyś siły podjąć decyzji o wstąpieniu do seminarium”. 

Eucharystia w odkrywaniu powołania była jeszcze obecna na inny sposób. Nie pamiętam, żeby w mojej rodzinnej parafii w każdy I czwartek miesiąca nie modlono się o powołania. Dla naszej wspólnoty oazowej przy par. pw. bł. Annuarity (dużej, bo liczyliśmy ponad 100 osób wtedy!) to był tak ważny dzień, jak niedziela. Uroczysta Eucharystia z pełną asystą, scholą i przy obecności naszych rodziców, a później dzielenie się chlebem i ogłoszenia moderatora. Też wróciło mi to w czasie formacji w seminarium, że modlitwa o powołania jest tak istotna! Ufam, że moje powołanie jest właśnie wynikiem tej wytrwałej modlitwy całej wspólnoty parafialnej. I chyba nie tylko moje, ale też i moich braci, bowiem przez kilka lat z rzędu z naszej parafii był jakiś kleryk!

Decyzję o wstąpieniu do seminarium podjąłem w Wigilię Paschalną 3 kwietnia 2010 roku. Pan dał mi wtedy mocne doświadczenie swojej obecności w czasie czytania o tym, jak Abraham składał w ofierze Izaaka. To, co przeżyłem tam, pozwól, że zostawię dla siebie. Jednak jak wróciłem tego wieczora do domu, to wiedziałem, że w moim życiu dokonał się przełom. Na tyle mocny, że serce mi mocniej bije, kiedy o tym piszę po 11 latach.

Ta stacja nauczyła mnie jednego: źródłem powołań zawsze jest Eucharystia.

IV stacja: Seminarium

Te 6 lat zamknąć w jednym akapicie jest niemożliwe. Przynajmniej mnie to przerasta. Ten etap można by nazwać stacją „oczyszczenia” i „potwierdzenia”. Na początku formacji mocno weszły mi do głowy słowa, że seminarium jest czasem rozeznania czy kapłaństwo jest drogą, na którą zaprasza mnie Jezus. Zdjęło to ze mnie presję, że w wieku 19 lat muszę podjąć już ostateczną decyzję. Przez pierwsze lata Pan oczyszczał moje intencje, które kierowały mną, by wstąpić do seminarium. Teraz, gdy o nich myślę, to życzliwie się uśmiecham sam do siebie. Widzę, jak były one miałkie. Ale na ten etap wystarczyły. I Pan Jezus sobie poradził z tym, wiedział, co robi. A jak mnie oczyszczał? Przez dwa narzędzia: duchowość ignacjańską i kierownictwo duchowe. Pierwsze poważne myśli o kapłaństwie zbiegły się z początkiem mojej przygody z Ćwiczeniami Duchowymi św. Ignacego. Przez seminarium w każde wakacje przynajmniej raz wyjeżdżałem na tydzień rekolekcji zamkniętych. Tam Pan działał najmocniej: w ciszy i adoracji przez słowo. To, co się zadziało także zostawię dla siebie, jednak ostateczną decyzję, że chcę poświęcić siebie w kapłaństwie Jezusowi podjąłem 4 września 2014 roku o 21:40 w kaplicy Sióstr Zawierzenia w Bliznem. Pamiętam nawet ławkę, w której to się stało, tak ważne było to dla mnie doświadczenie. Kolejne lata, aż po dziś dzień to kształtowanie mojej duchowości. Ale o tym już kiedyś pisałem. W każdym razie „Ćwiczenia” to były narzędzia, dzięki którym wiele w moim sercu ponazywałem i zrozumiałem.

Ważnym elementem było kierownictwo duchowe i wola przełożonych. Towarzyszenie duchowe nie było mi obce, bowiem od kilku lat praktykowałem już stałe spowiednictwo. Jednak motywacje bycia księdzem dojrzewały przez te 6 lat. Ogromną wdzięczność mam wobec mojego ojca duchownego, z którym do dzisiaj rozeznaję wolę Jezusa w moim życiu. Kiedy w seminarium nic nie czułem, nie miałem jakiegoś rozeznania czy idę za wolą Bożą, to wtedy od przełożonych dostawałem jasne sygnały. Każda z posług, o które prosiłem i dopuszczenie mnie do nich, łącznie ze święceniami, było dla mnie jasnym znakiem od Pana: „Chcę cię jako Mojego kapłana”. Kropkę na „i” postawiło zdanie ojca duchownego, który powiedział, że jeśli kandydat do święceń świadomie i dobrowolnie pragnie przyjąć święcenia, a Kościół na to pozwala, to może mieć on moralną pewność, że ma powołanie. Może to brzmi skomplikowanie, ale wtedy nie na poziomie tylko emocji, ale na poziomie rozumu i woli wszelkie wątpliwości zniknęły. 

Też ważnym elementem w seminarium było to, że Pan Bóg cały czas stawiał ludzi, którzy potwierdzali mi to, że widzą mnie jako księdza. 

Przesiadka z TLK do TGV!

Historia ta ma swój przystanek 28 maja 2016 roku, kiedy z rąk biskupa Henryka kilkanaście minut po 10:00 Jezus zmienił moje serce istotowo. Wtedy On wybrał mnie i dokonało się w moim życiu coś, co będzie miało skutki w wieczności. To tak jakby przesiąść się ze starego pociągu do kolei nowej generacji! Zapewne powstanie też niebawem tekst, gdzie razem z Wami będę chciał jakoś zamknąć moje 5 lat kapłaństwa, bo pewnie większość z Was, która to czyta ma udział w tym chodzeniu za Jezusem.

To jest 4 redakcja tego tekstu, a i tak nie napisałem nawet 1/10 tego, co Pan działa w moim sercu. Jednak historia mojego powołania jest dla mnie lekcją, że Pan działa nawet wtedy, gdy ja tego nie widzę i nie czuję. Wiem też jedno: być księdzem to największy dowód miłości Jezusa, który mi dał. 

Jezusowi chwała i cześć!


Błogosławię! +


Zapisz się do newslettera!

Na dobry początek – zapisz się na nasz newsletter!
Zaraz do Ciebie napiszemy!

Copyright targowiskoblog.pl © 2019 All Rights Reserved.