Czy katolik może oglądać "Gwiezdne Wojny"?!

Ks. Michał

3 stycznia 2020

Czy katolik może oglądać „Gwiezdne Wojny”? Albo czy wypada mu słuchać muzyki innej niż religijna? W zasadzie, to czy może kupować takie, a nie inne produkty? Kiedyś słyszałem, że katolicy nie mogą jeździć Mercedesami. I nie dlatego, że są drogie, ale dlatego, że znak rzeczonej firmy nawiązuje do pacyfki, czyli znaku okultystycznego. Naprawdę o to w tym wszystkim chodzi?

Nie ukrywam, że jestem fanem sagi „Star Wars”. Gdy pierwszy raz obejrzałem „Nową Nadzieję”, czyli film z lat 70., to długo nie mogłem wyjść z podziwu, że można było w tamtych latach robić takie kino. Skoro do dzisiaj jest to jeden z najbardziej kasowych filmów, to trzeba przyznać, że to co się stało w kulturze masowej 40 lat temu był czymś… kosmicznym! Zatem bilet na premierę IX części kupiłem już kilka tygodni wcześniej. Dlaczego to oglądam? Bo tam też są wartości. Więcej o tym pisałem we wstępniaku do recenzji „13 powodów”- LINK: http://www.targowiskoblog.pl/milion-powodow-by-zyc/

Nieprzewidywalność. 

Po pierwszych seansach „Gwiezdne Wojny. Skywalker – odrodzenie” padło dużo krytycznych głosów. Sam ziewałem momentami. Jednak dylematy bohaterów disneyowskich odsłon sagi, czyli Kylo Rena i Rey sprawiają, że sam stawiając się w ich sytuacji nie wiedziałem, co wybrać. Dobrym przykładem jest finałowa scena spotkania Kaylo Rena, Rey i Palpatine’a. Za to właśnie lubię ten film: nieprzewidywalność. W każdej części coś zaskakiwało, a już klasyką gatunku i YouTuba jest scena z Imperium kontratakuje, gdzie Darth Vader przyznaje się, że jest ojcem Luke’a Skywalkera. To wtedy pada słynne zdanie spod czarnej maski: Luke, I’m your father.

Rzeczywistość nie jest czarno-biała

Kolejnym atutem tego filmu jest wewnętrzne zmaganie się głównych bohaterów. Może to zabrzmi bardzo banalnie, ale dobro wygrywa. Jeśli jednak spojrzy się na całą sagę, to nie zawsze tak było (vide Anakin Skywalker i Datrh Vader). Losy córki księżniczki Lei i syna Hana Solo są przykładem, że warto zmagać się o dobro, nawet, gdy cały świat wokół krzyczy, że to jest bez sensu. Rey odznacza się ogromną wytrwałością. To dzięki tej wytrwałości zostaje ocalone życie niewinnych, swoją przemianę przechodzi Kylo Ren i zostaje pokonany Palpatine. Ten wątek to takie światło nadziei, że jednak warto być dobrym.

Stryjeczny dziadek ojca mamy wujka, czyli jestem… no właśnie, kim?

Zawsze intrygującym wątkiem w „Gwiezdnych Wojnach” są relacje i odkrywanie swoich korzeni. Przez te dziewięć części dla niektórych bohaterów bardzo bolesne doświadczenie, dla innych przywracające sens życia. Twórcy i w tym wypadku na szczęście nie uciekli od tego i odkryli kolejne karty związane z głównymi bohaterami. Okazuje się, że Rey jest wnuczką Dartha Sidiousa, mrocznego lorda Sithów. W poprzednich częściach, że Leia i Han Solo mają syna Bena, itd. Jest tego cała masa. Ale w tym wszystkim wybrzmiewa jedno: pochodzenie nie predestynuje. Można być „znikąd”, a ocalić świat, jak to zrobiła Rey. To jest jednak film. A znasz takiego Gościa, który też nie wiadomo do końca skąd pochodził i ocalił świat przed zagładą? Ja znam. Słyszałem też, że ma się za chwilę znowu narodzić. I w tym przypadku to nie jest film. To prawda.

Zdjęcia, które zapierają dech w piersiach.

Jako mężczyzna nie jestem estetą, liczy się raczej użyteczność. Jednak kilka razy w czasie seansu Skywalker. Odrodzenie. Czułem się wgnieciony w fotel. A to wszystko przez zdjęcia i scenografię przygotowaną przez odpowiednio Daniela Mindela oraz Ricka Cartera i Kevina Jenkinsa. Gdy Rey płynęła po wzburzonym jeziorze na ślizgaczu lub gdy stała przed Palpatine, to aż nie mogłem się temu napatrzeć. Pieniądze robią swoje w tym filmie. Jest kasa, to i estetyka na najwyższym poziomie.

Oczywiście, jestem bardzo daleki od tego, by powiedzieć, że „Star Wars” to wyznacznik dla postępowania. Jednak to jeden ze sposobów na rozrywkę i okazja, by pofantazjować i przeżyć przygodę z bohaterami. 

To można czy nie można?

Sci-fi zawsze będzie kontrowersyjne w chrześcijańskim świecie wartości. W „Gwiezdnych Wojnach” jest cała masa odniesień do New Age, ezoteryki, energii, a przede wszystkim „Mocy”, którą posiadają Jedi. W żaden sposób nie da się tego połączyć z chrześcijaństwem. Jednak to nie jest istota, a tylko jakiś kontekst czy narzędzie, które jest używane do przekazania wartości czy uwypuklenia postaw. I tyle. Czy gdyby tego nie było, to czy film straciłby na tym? Wizualnie z pewnością, ale pod kątem treści niekoniecznie. Ze „Star Wars” jest jak z ulubioną pizzą, na której są oliwki, których nie znosisz. To nie jest tak, że całe danie jest do bani, bo wystarczy tylko odłożyć drobne oliwki. Podobnie z omawianą sagą: wystarczy odłożyć na bok i nie przywiązywać się do kontrowersyjnych elementów, żeby dotrzeć do treści. Dlatego nawet się nad tym nie zatrzymuję, a zawsze szukam wartości. Zatem katolik może obejrzeć taki film, pod warunkiem, że będzie potrafił oddzielić fikcję od prawdy. A prawda jest taka, że to Jezus już dawno odkupił cały świat i żaden Jedi nie jest w stanie nawet się z Nim równać. Przecież, jak napisze św. Paweł w liście do Kolosan: „Rzeczywistość należy do Chrystusa” (Kol 2, 16).

Zapisz się do newslettera!

Na dobry początek – zapisz się na nasz newsletter!
Zaraz do Ciebie napiszemy!

Copyright targowiskoblog.pl © 2019 All Rights Reserved.